Weekend z książką - ,,Pierwszy grób po prawej".


                                                        
                                                     „W życiu nie chodzi o to, by odnaleźć siebie.
                                                             Głównie chodzi w nim o czekoladę.”
                                                                                                                                      - Darynda Jones
                                                                     ,,Pierwszy grób po prawej"
                                                                           

   Szukałam w mojej biblioteczce, książki, którą mogłabym wam polecić na Halloweenowy wieczór. Jednak nie znalazłam w niej niczego, co chociaż trochę mogłoby przypominać horror. Już chyba wspominałam, że nie jestem fanką tego gatunku. Jednak po przewertowaniu szafek i krótkiej burzy mózgów, znalazłam coś, co jak najbardziej posiada odpowiedni klimat na ten dzień.  Powieść może nie ma oszałamiającego tytułu, a okładka nie powala na kolana, jednak jej zawartość potrafi pochłonąć czytelnika na wiele długich godzin. Kostucha, kilka duchów i skomplikowane zagadki do rozwiązania to przepis na idealną książkę urban fantasy. Posiada również inne zalety m.in. dialogi ociekające wyrafinowanym poczuciem humoru, sporą porcję dynamicznej akcji oraz nietuzinkowe postacie, które tworzą przysłowiową wisienkę na torcie. Bardzo pomysłowe są również motta towarzyszące nowym rozdziałom, które nawiązują do przyszłych wydarzeń.

 
 
   Jak wyobrażacie sobie śmierć? Większość ludzi widzi ją, jako czarną, zakapturzoną postać z kosą w ręku. Główna bohaterka książki urodziła się kostuchą, jednak w ogóle nie wyróżnia się z tłumu. Jest dwudziestokilkuletnią dziewczyną, niskiego wzrostu z ciętym językiem. Robi za prywatnego detektywa, a pracę ułatwiają jej duchy, które widuje od narodzin. Denaci mkną do Charley, ponieważ jest dla nich wyjątkowo świetlista, jak latarnia morska dla statków i z wielką chęcią wskazują osoby, które zakończyły ich piękne życie. Historia robi się o wiele bardziej tajemnicza w momencie, gdy pojawiają się duchy trzech prawników, które nie potrafią wskazać swojego mordercy. Poza wątkiem kryminalnym, pojawia się również paranormalny romans. Nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że wybranek Davidson istnieje tylko w snach. Dziewczyna próbuje dowiedzieć się, kim on jest i czy po prostu nie stworzyła go jej bujna wyobraźnia. Sprawy nabierają ciekawszego obrotu, gdy mężczyzna okazuje się przypadkowo poznaną osobą sprzed kilku lat i ma wiele wspólnego z jej nadzwyczajnym darem.



 
Czytaj dalej...

Kocie gwiazdy.

   

   Muszę się przyznać, że jak zobaczyłam tę plakietkę w Empiku to wybuchłam histerycznym śmiechem. Jeszcze przed wakacjami posiadałam jedną domową kotkę, która na każdym kroku udowadniała mi jak bardzo mną gardzi, gdy podawałam jej jedzenie, na które aktualnie nie miała ochoty. Stawałam na głowie by zadowolić moją kapryśną kocicę i w końcu zasłużyć na jej względy. Już wtedy wiedziałam, że człowiek jest po prostu szalony, gdy decyduje się na kota i pozwala mu sobą rządzić. A co ma zrobić, gdy niespodziewanie pojawiają się trzy kolejne? Pewnego słonecznego dnia, wychodzę na ogród, a tam w krzakach leży inna kotka i dwa małe. Nie wiedziałam, czy szczerzę się ze szczęścia, czy po prostu zwariowałam. Od tego momentu stałam się pełnoetatową posiadaczką czterech cudownych kotów. Maluchy były moim oczkiem w głowie i potrafiłam się na nie gapić godzinami. ,,Obcując z kotem, człowiek ryzykuje jedynie to, że stanie się wewnętrznie bogatszy." Nic mnie tak nie nauczyło cierpliwości i spokoju jak przebywanie z kotami. Są to bardzo płochliwe i nieufne zwierzęta, które w oka mgnieniu zamienią człowieka w drapak. Trzeba poświęcić masę czasu na budowanie więzi, każdy zły ruch może zaprzepaścić wszystko, ale nie ma wspanialszego momentu od tego, gdy kot wybiera ciebie na swojego przyjaciela. Po tym nadzwyczaj długim wstępie wymienię wam najbardziej charakterystyczne kocie gwiazdy kina. Przedstawione są dość stereotypowo, ale dzięki temu najbardziej zapadają w pamięci.

Garfieldchyba każdy zna tego grubego rudzielca? Jest ucieleśnieniem wszystkich cech, które posiadają domowe koty. Leniwy, ruszający tyłek z fotela tylko w porze karmienia, najlepiej lasagnią. Uważa, że jest panem domu i ledwo toleruje przygłupich domowników. Zarozumiały i zapatrzony w siebie. Na każdym kroku udowadnia, że nie interesuje go los psa, którego bezmyślny człowiek sprowadził do domu. Stara się go pozbyć, by znowu być w centrum uwagi Jona. Jednak pod tą grubą warstwą egoizmu pojawia się resztka wyrzutów sumienia, która popycha Garfielda do poszukiwań Odiego. Oczywiście koniec końców wcale się nie przyznaje, że mu zależało na zwariowanym psiaku.



Śnieżek
dystyngowany i zarozumiały jak to rasowe koty.  Nie wyobraża sobie mieszkania pod jednym dachem z myszą. Nie chce się narazić na kpiny ze strony innych przedstawicieli jego gatunku. W końcu on jest rasowcem i marne dachowce nie podważą jego pozycji. Kocha swoją rodzinę, ale nie akceptuje ich adopcji Stuarta. Na każdym kroku daje mu odczuć, że jest niemile widziany. Jednak w końcu dociera do niego, że wszyscy tworzą rodzinę Malutkich i gdy nowy domownik potrzebuje pomocy to Śnieżek wkracza do akcji i daje popalić wszystkim, którzy postanowili zadrzeć z jego gryzoniem.


Cheshire
– tajemniczy kocur, który pojawiał się wtedy, gdy miał na to ochotę lub coś go wyjątkowo zainteresowało. Wodził za nos Alicję zadając jej masę pytań, a po satysfakcjonujących odpowiedziach znowu rozpływał się w powietrzu.  Starał się przekonać dziewczynę, że obydwoje są obłąkani. Na dowód swojego szaleństwa porównywał się z psem, który jego zdaniem jest całkiem normalny, czyli nudny.

 

Puszek
kolejny rudzielec, który skradł serca wszystkich fanów Shreka i zasłużył na swój własny film. Różni się od domowych kotów. Jest prawdziwym drapieżnikiem, szarmancki, podstępny i wytrwały. Zamiast pazurów używa szpady. W końcu jak na kota przystało, musi zwracać na siebie uwagę i zaskoczyć naiwnego przeciwnika uroczym wyglądem. Słodki kociak w butach niejednego osobnika zwiódł na manowce, a gdy używał swojego markowego triku z oczami to wszyscy się rozpływali w zachwycie. Nieugięty w swoich działaniach, gdy chodziło o przyjaciół, dla nich zawsze rzucał się w ogień.

 
Czytaj dalej...

Pierwsza pomoc przy spotkaniu potwora.

  Halloween zbliża się wielkimi krokami, na ulice wyjdzie parada nadprzyrodzonych istot, które kolejny raz odważą się ujawnić – bądźmy wyrozumiali i tolerancyjni. Jest to jedyny dzień, gdy granica między światem ludzi, a zaświatami duchów zaciera się, więc może poznacie jakiegoś sympatycznego duszka lub małego i wrednego chochlika. Poza strasznymi istotami jest szansa spotkać Czerwonego Kapturka i inne kuso ubrane dziewoje, ale nimi nie zawracajmy sobie głowy, ewidentnie pomyliły bajki. Tego dnia ma być przerażająco i tak właśnie będzie, gdy zaszczycą nas swoją obecnością potwory z krwi i kości. Nie wiecie jak ich rozpoznać lub co gorsza, jak sobie z nimi radzić? Już wam wszystko wyjaśniam.

Wampir
– przyszykujcie się na wiele interpretacji tego osobnika. Bardzo często natchniecie się na księcia ciemności Draculę oraz kilku obsypanych mąką Edwardów. Znaki szczególne? Długa czarna peleryna i niemieszczące się w paszczy kły. Jedno jest pewne, zacznie wam wciskać kit, że pije krew syntetyczna, a tak naprawdę będzie się czaić na waszą tętnice. Zaopatrzcie się w czosnek i kilka kołków, bo wcale nie jest taki niemrawy jak na trupa przystało.



Wilkołak – tu sprawa jest trochę mocniej skomplikowana, bo można go pomylić z bardziej zarośniętym mężczyzną. Tak by nie urazić czyichś uczuć sprawdźcie, czy wyje do księżyca, a potem rzućcie piłkę lub okazałą kość. Jest szansa, że zyskacie nowego pupila lub parę cennych minut na ucieczkę.


Czarownica
– cwana kobieta, z biegiem czasu nauczyła się idealnie kamuflować, bo nie chce skończyć jak jej krewne na stosie. Jednak czasem można ją dojrzeć wśród obłoków, gdy frunie na nowoczesnej miotle wraz z kotem. Jeśli nie zaleziecie jej za skórę to nie zwróci na was uwagi, jest zbyt zajęta sabatami i ratowaniem niewinnych dusz.


Demon
– jeśli nie znacie się na demonologii i nie opanowaliście rysowania runów obronnych to módlcie się by nie spotkać takiego stwora. Możecie również kupić amulet ochronny w pobliskim sklepiku spirytystycznym albo w razie nagłej potrzeby wykonać telefon do chłopaków z Supernatural. Chyba, że demon już zdążył was opętać to po ptakach, wtedy tylko egzorcyzmy mogą was uratować.


Duch 
- również mało groźny osobnik, chyba, że wrócił z chęcią zemsty, wtedy jest skupiony jedynie na osobie, która zalazła mu za skórę, jeszcze w trakcie życia. Może być tak, że pokutuje na ziemi, za złamanie przysięgi i tylko wywiązanie się z niej pozwoli mu odejść na wieki. Nie narzucajcie się takiej zjawie, tylko wybraniec może jej się przeciwstawić.


Zombi 
- nie ma co się oszukiwać, chce tylko jednego, waszego mózgu, czyli niektórzy są bezpieczni. Bystrością nie grzeszy, ale ma bardzo wyczulone zmysły. Idzie tam gdzie jest dużo ludzi i hałasu by rozpocząć swoją ucztę. Powstrzymać go można tylko odcięcie głowy, wtedy nie będzie zdolny do ugryzienia i zamieniania was w swojego towarzysza niedoli.

Czytaj dalej...

Weekend z książką - ,,Nomen Omen".

                                              ,,Człowiek człowiekowi panią z dziekanatu."
                                                                                - Marta Kisiel ,,Nomen Omen"

 
   Jeśli szukacie książki na jeden wieczór, która ma was rozśmieszyć, a jednocześnie ciągle być w klimacie fantastyki to polecam „Nomen Omen”. Rozwieje wszystkie smutki, przegoni jesienną chandrę i niejednego gbura rozbawi do łez. Marta Kisiel ani trochę nie zawodzi swoich fanów, kolejny raz pokazuje, że nie brakuje jej szalonych pomysłów, rozdziały wręcz pękają w szwach od nadmiaru niesamowitych historii. Cała książka jest przepełniona zabawnymi dialogami, ciętymi ripostami i komicznymi wydarzeniami.
Powieść została doskonale przemyślana, a bohaterowie przedstawieni wyjątkowo oryginalnie i niepowtarzalnie. Fabuła jest bardzo zakręcona i pełna zaskakujących zwrotów akcji, które sprawiają, że nie idzie się oderwać od tej lektury.



   ,,Z figury Rubens, z fryzury Tycjan, z gęby zaś, wypisz, wymaluj, Picasso.”
To tylko zalążek zmartwień głównej bohaterki, która jest prawdziwą ofiarą losu.  Samo jej imię Salomea Klementyna Przygoda udowadnia, że dziewczyna od urodzenia ma pod górkę. W końcu pewnego dnia, gdy jej matka kolejny raz opowiada pierwszemu lepszemu akwizytorowi o uśpionej i nieokiełznanej seksualności swojej córki, dziewczyna postanawia uciec do babci, a wraz z nią dochodzi do wniosku, że nie może dalej mieszkać w swoim rodzinnym domu i wyprowadza się do Wrocławia. Wielkie było jej zdziwienie, gdy nawet taksówkarz bał się podjechać pod adres, który wybrała za swoją oazę spokoju. Faktycznie, pierwsze wrażenie nie było powalające - stara konstrukcja przypominająca chatkę czarownicy, którą zamieszkują równie stare siostry i papuga, która ciągle krzyczy „Killnij gada!”. Po miesiącu, gdy Salce udało się 
zaaklimatyzować i znaleźć satysfakcjonującą pracę jej koszmar znowu zaczyna się urealniać. W drzwiach
mieszkania pojawia się największy pasożyt, brat Niedaś we własnej osobie. Na dodatek oznajmia, że wprowadza się do sióstr Bolesnych, ponieważ wyrzucili go z akademika. Jego przybycie rozpoczyna serię niewiarygodnych przygód, które lawinowo zwalają się na Salomeę, od topienia się w Wiśle po spotkanie własnego pradziadka, który nie żyje już kupę lat ale jakimś cudem pojawia się na ulicach i czyha na biedne blondwłose studentki.




Czytaj dalej...

Typy Blogerów część 2.

   Dzisiaj zaserwuję wam całkiem inne typy Blogerów i o wiele sympatyczniejsze porównania. Wcześniejsza notka wywołała spore zamieszanie, ale takie właśnie było założenie, by przedstawić nas, jako „Czarne charaktery”. Teraz zapraszam do zapoznania się z tak zwanymi perełkami blogosfery. Kogoś dodacie? A może sami znajdujecie się, w którejś grupie?

Pracusie – podczas przekraczania ich blogowych progów widać ogrom wykonanej pracy, ciągle podnoszą poprzeczki w pisaniu postów i oszałamiają nimi obserwatorów. Doba jest dla nich bardzo łaskawa i elastyczna, wszystkie projekty są wykonane od deski do deski, a w przerwie na kawę odwiedzają swoich komentatorów. Uwijają się jak mrówki, a nawet stado tych zaradnych owadów. Nic dziwnego, że Ant-Man tak chętnie z nimi współpracował. Dzięki tym istotom poradził sobie w najbardziej ekstremalnych warunkach. Stawały na czele wyzwania i perfekcyjnie radziły sobie z nadmiarem zadań. Człowiek Mrówka brał z nich przykład i uwijał się ze wszystkim, więc i my naśladujmy Pracusiów, a na pewno wiele na tym zyskamy.


Gwiazdy
- najbardziej popularni, wśród blogerów. Nie jeden z tych początkujących marzy by zająć ich miejsce. Cieszą się licznym gronem obserwatorów i jeszcze większym hejterów, którzy nie mogą się pogodzić z ich karierą. Pojawiają się na różnych eventach, a ich zdjęcia na blogach przypominają te z najlepszych żurnali. Nawet, jeśli ktoś nie jest fanem czytania blogów to potrafi wymienić kilka najbardziej popularnych nazw, w końcu nie da się przejść obojętnie obok takich sław. Niczym Tony Stark, który poruszał tłumy i wzbudzał same westchnienia w płci przeciwnej. Każdy chciał się, chociaż przez chwilę ogrzać w blasku jego sławy i dowiedzieć się jak osiągnąć taki sukces. Wyznaczał ścieżki do bycia superbohaterem, tak jak nasze Gwiazdy do bycia blogerami.


Wyrocznie
– wszystko, co zareklamują na swoim blogu zostaje wykupione w tempie natychmiastowym ze sklepowych półek. Sprzedawcy aż nie mogą się nadziwić, czemu akurat ten produkt jest tak popularny i nie nadążają z dostawą. Mają talent w przemawianiu do publiczności, pięknie dobierają słowa i kuszą nowymi łupami. Czy to ubranie, czy kosmetyk, ludzie zawsze chętnie wypróbują to, co idealnie się prezentuje. Tak właśnie działa magia tych Blogerów, każdą rzecz przedstawią modelowo i opiszą jej zalety. Takimi czarami nie pogardziłaby sama Hermiona, która była liderem w zaklęciach. Do niej należało ostatnie słowo i każdy wiedział, że należy jej się słuchać. Przyjaciele zawsze mogli na niej polegać i nigdy się nie zawiedli, tak jak i my, gdy dumnie kroczymy po produkty przetestowane przez Wyrocznie.


Spece
– najlepsi w swojej dziedzinie, żadne pytanie ich nie zaskoczy. Lubią to, co robią i chcą zarażać swoją pasją innych ludzi. Podczas wkraczania w ich świat można się poczuć trochę wyalienowanym, ale spokojnie, na pewno znajdziecie post, który rozwieje wszystkie wasze wątpliwości. Dowiecie się, co spotkało bohaterów w 13 odcinku „Czterej pancerni i pies”, nauczycie się wymieniać sprężynkę w długopisie oraz jak być dominującym samcem w stadzie. Pewnie w taki sposób Owen Grady stał się znawcą dinozaurów. W Jurassic World udowodnił, że z całej obsługi on jedyny zna się na nich bardzo dobrze. Dzięki swoim umiejętnością i byciu alfą uratował rezerwat wraz z wieloma ludzkimi istnieniami. Więc nie bagatelizujcie takich twórców, mogą się jeszcze przydać w najmniej oczekiwanym momencie.


Artyści
– ludzie, którzy mają niesamowity talent do tworzenia poruszających postów. Wiersze, rysunki, czy eseje na temat wewnętrznych przeżyć nie są im straszne. Trafiają w sam środek odbiorcy, który nie zawsze wie, o co chodzi, ale wie, że trzeba skomentować to równie emocjonalnie. Dzięki ich notkom, połowa blogosfery jest wzbogacona o duchowe przeżycia i zna masę synonimów do słowa „wzruszające”. Taką artystyczną duszą był Cinna, który tworzył najbardziej poruszające i widowiskowe kreacje.  Kilka szmatek i dodatków wywoływało wiele przeróżnych emocji wśród ludzi. Tylko nie idźcie za jego przykładem i nie narażajcie się na gniew Prezydenta, artyści są nam potrzebni tutaj na miejscu, by nadal zapoznawać nas z otaczającym pięknem.

 
Czytaj dalej...

Serialowe typy Blogerów.

   W dzisiejszym poście będzie mniej o geekowych sprawach, a więcej o blogerskim życiu, z którym dopiero się zapoznaję. Mam nadzieję, że większość z was przyjmie to z przymrużeniem oka, a jeśli nie to naślę na was Avengersów. Udało mi się stworzyć 5 typów blogerów, były to grupy osób, które najbardziej rzucały mi się w oczy przez ostatni miesiąc. Zapewne jest jeszcze wiele do odkrycia przede mną. A jak wy uważacie? Dodalibyście jeszcze kogoś do tej listy?

Żebracy
- wkraczają do akcji tylko wtedy, gdy czegoś potrzebują, nie wysilają się zbytnio nad przeczytaniem notki, jedynie stawiają żądania: kliknij, zaobserwuj, skomentuj. Wszystko w trybie rozkazującym, by nadać swoim słowom mocy. Czasem stawiają na wymianę, bo lepiej brzmi i jest korzystna dla obu stron, szkoda tylko, że przeważnie zapominają się odwdzięczyć. Wzbudzają w Blogerach takie same emocje jak Joffrey Baratheon , gdy tylko się pojawiał każdy miał już go dosyć i modlił się w duchu, by w końcu skończył swój żywot.  Przydługie sceny z tym gagatkiem doprowadzały do szału i chęci wyrzucenia monitora przez okno, niektórzy byli już nawet skłonni wydrapać sobie oczy, a najspokojniejsze osoby zaczynały się dowiadywać, co to znaczy nerwica.


Zołzy
– na pierwszy rzut oka dość normalni ludzie. Ułożeni i z klasą, można z nimi porozmawiać, ale tylko do pewnego momentu – aż się pojawi różnica zdań lub większe osiągnięcia. Oni tego nie uznają i niczym Victoria Grayson dążą do wyrównania rachunków. W swoim mniemaniu są najmądrzejsi i najważniejsi, a jak ktoś staje im na drodze to marny jego los. Dochodzi do istnej zemsty, która objawia się masą jadu w komentarzach. W momencie, gdy to nie pomaga potrafią się ukryć, by zdezorientować przeciwnika i po czasie, uderzyć z podwojoną siłą. W końcu po trupach do celu – dosłownie.


Karierowicz
– nie mylcie go z osobą pracowitą, która coś osiągnęła dzięki własnemu wysiłkowi.  Jest to persona, która nie do końca wie, co robi, ale ważne by przynosiło to korzyści materialne lub wzbudzało respekt.  Dąży do tego bez uwzględniania jakichkolwiek zasad moralnych, liczba firm, z którymi współpracuje już dawno przekroczyła stan obserwatorów, a posty zawierają same reklamy. Oswald Cobblepoth byłby z takiej osoby dumny, w końcu od zera do bohatera. Wiedział gdzie i kiedy się zakręcić, by uzyskać jak największe przywileje. Trochę szpiegowania, trochę marudzenia, jeszcze więcej udawania sieroty i proszę bardzo, przepis na idealny interes gotowy.


Perfekcjoniści
- takie osoby mogą się pochwalić wręcz sterylnym wyglądem bloga. Wszystko idealnie ze sobą współgra i jest dopięte na ostatni guzik. To, co serwują swoim obserwatorom zawsze jest równiutko napisane, co do linijki, kropki i przecinki stoją na swoim miejscu. Nawet jakby była to największa bzdura to i tak ludzie będą z tego zadowoleni, bo najważniejszy jest całokształt. Właśnie tak samo zachowywał się Hannibal, który wyprawiał wielkie uczty. Uwielbiał gotować, wszystko, co wychodziło spod jego ręki było idealne i wymuskane, szkoda tylko, że z ludzkiego mięsa. Goście byli tak oczarowani smakiem i zapachem potraw, że nawet się nie spodziewali, że przyczyniają się do wybijania swojego gatunku.


Pasjonaci
– mają fioła na punkcie jednego tematu i potrafią codziennie wrzucać obszerne notki ze swoimi przemyśleniami. Zawsze mają coś do powiedzenia i w wolnej chwili tylko planują jak osiągnąć swój cel lub być jeszcze bliżej swojej umiłowanej dziedziny. Osaczają swojego czytelnika z każdej strony, nie ma od nicho ucieczki. Zamieniają się w takich psychopatów jak Moriarty, który był zafiksowany na punkcie pewnego detektywa. Jego osoba spędzała mu sen z powiek i pod nią podporządkowywał swoje czyny. Inteligentne sprzeczki były jego konikiem, a tylko w Sherlocku widział godnego rywala. Dla swoich przekonań był nawet gotowy zakończyć swoje życie.

Czytaj dalej...

Weekend z książką - ,,Druga szansa".

Cisza.
Otula mnie.
Miękka.
Lepka.
Straszna.
- Boję się...
Katarzyna Berenika Miszczuk
– 
Druga szansa

   Książka, która mnie bardzo miło zaskoczyła. Kupiłam ją bez zastanowienia na promocji w Empiku, a potem przepadłam na resztę dnia. Lektura jest zaskakująca, niesamowita, tajemnicza. Ma swój niepowtarzalny, mroczny klimat. Sprawia, że utożsamiasz się z główną bohaterką i przeżywasz to, co ona. Czujesz ciągle narastający strach o siebie i przyjaciół. Narracja jest pierwszoosobowa, więc mamy całkowity wgląd w jej myśli i odczucia. Sama okładka przyciąga oko, a treść książki jest niebanalna i nietypowa. Szybka akcja, świetnie skonstruowane dialogi i niezwykli bohaterowie, dzięki czemu czyta się ją z wypiekami na twarzy i na jednym „posiedzeniu”. Koniec bardzo zaskakujący, pozostawiający szerokie pole do popisu dla naszej wyobraźni. Książkę zaliczam do jednej z moich ulubionych i śmiało mogę ją wam polecić.


   Na pierwszych stronach książki zapoznajemy się z naszą główną bohaterką Julią, która niestety nie pamięta, kim jest, nawet nie poznaje swojego odbicia w lustrze. Wszystko wyjaśnia jej opiekunka ośrodka ,,Druga Szansa”, do którego właśnie trafiła. Dzięki pani Zofii dowiadujemy się, czemu w takim miejscu obudziła się dziewczyna i czy jest dla niej nadzieja na powrót do normalnego życia. Na początku Julka uważała, że ma szczęście. Spotkała ludzi, którzy chcą jej pomóc, jednak z biegiem czasu w ośrodku zaczyna się dziać wiele podejrzanych rzeczy. Tabletki, które miały przywrócić jej pamięć sprawiają, że chodzi jeszcze bardziej otumaniona i senna niż przed ich spożyciem. Pielęgniarze przypominają rasowych bandziorów, a opiekunka, która chce być dla wszystkich przyjaciółką, faworyzuje jedynie Julię, dla całej reszty pacjentów jest opryskliwa i niesprawiedliwa. Na domiar złego jedna z podopiecznych ciągle wróży dziewczynie śmierć. Przerażające kruki spędzają jej sen z powiek, a tajemnicza kobieta, której nikt nie widzi i nie słyszy poza Julią zwraca się do niej, używając całkiem innego imienia. Przez te wydarzenia bohaterka staje się jeszcze bardziej zagubiona i przerażona. Wraz z przyjaciółmi stara się zrozumieć, co się dzieje w Drugiej Szansie i czy w ogóle można się z niej wydostać.






Czytaj dalej...

Powrót do dzieciństwa.


 
 Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam bajki, zawsze z chęcią po nie sięgam, gdy chcę się pośmiać i miło spędzić wieczór. Większość ludzi wybiera w takich momentach komedie, jednak ja uważam, że bajki są o wiele przyjemniejsze i mają bardziej przemyślane żarty - z tak zwanym drugim dnem. Właśnie na jedną z nich wybrałam się do kina, a dokładnie był to ,,Hotel Transylwania 2”. Szczerze polecam każdemu tę produkcję, dzieci i dorośli bawili się na niej wyśmienicie. Od pierwszej części minęło sporo czasu, a twórcom udało się stworzyć niesamowitą kontynuację.


   Z powrotem trafiamy do hotelu, jednak tym razem jest on bardziej unowocześniony. Na korytarzach widzimy ludzi, a znajoma nam obsługa, korzysta z przywilejów posiadania internetu. Każda postać ma przy sobie telefon komórkowy, co idealnie parodiuje naszą rzeczywistość. W skupieniu obserwują swoje aplikacje, a telefony stały się przedłużeniem ręki. Dracula nie może się do końca pogodzić ze zmianami, które nastały, a urządzenia mobilne mogłyby dla niego nie istnieć. Jednak nasz książę ciemności ma ważniejsze sprawy na głowie. Jego wnuk bardziej przypomina człowieka, niż wampira. Nie rosną mu kły, nie interesują go pająki i straszne kołysanki, woli oglądać telewizję, uważa, że najstraszniejszym potworem jest cukrzyca, a wzorem do naśladowania stał się Batman. Dla Draculi jest to nie do zaakceptowana i wyrusza wraz z przyjaciółmi w podróż pełną strachu, która ma obudzić w Dennisie wampirze instynkty. Wielkie było jego zdziwienie, gdy całe przedsięwzięcie okazało się fiaskiem. Przyjaciele zawiedli, rozleniwili się i zapomnieli, co to znaczy być potworem. Nawet stara szkółka, która była ostatnią deską ratunku została unowocześniona, wprowadzili wiele przepisów oraz słodkich gier i zabaw. Nowe metody są zdaniem Draculi niedorzeczne, wspomina stare czasy i wpada na genialny pomysł, który jak się później okazuje, przynosi więcej szkód niż pożytku.


   W bajce poza starymi i dobrze znanymi nam postaciami pojawia się również wiele tych nowych. Przyjeżdżają rodzice Jonathana i jego najbliższa rodzina. Ojciec jest typowym sztywniakiem, a matka ignorantką, nie zdaje sobie sprawy, że większość jej słów i czynów sprawia przykrość pozostałym osobom, ważne, że w swoim mniemaniu robi dobrze. Pod koniec opowieści pojawia się dziadek Mavis, który jest niemile widziany przez Draculę. Vlad jest bardzo ciekawą postacią i ukazuje przepaść pokoleniową między członkami wampirzej rodziny. Każdy z nich rządzi się swoimi prawami, Dracula w miarę nadąża za córką, ale dziadek jest typowym wampirem, który żyje w jaskini razem z nietoperzami. Szkoda, że tak późno przedstawili jego postać, uważam, że jest to niewykorzystany potencjał. Chociaż słyszałam, że są już plany na kolejną część bajki, więc może postać Vlada, była jedynie wprowadzeniem, by w trzeciej części mógł zagościć na stałe, wśród naszych bohaterów.




 

Czytaj dalej...

Słów kilka o Green Arrow.

   Na wstępie powiem, że będzie sporo spoilerów, więc jeśli ktoś jeszcze nie oglądał nowego odcinka to czyta post na własną odpowiedzialność.


   Arrow jest jednym z moich ulubionych seriali, na którym się nigdy nie zawiodłam. Wiadomo, czasem zdarzają się nudniejsze momenty, ale mimo wszystko trzyma poziom i z wielką przyjemnością wyczekuję kolejnych odcinków. Po trzecim sezonie, który zaserwował nam końcówkę, która byłaby idealnym zakończeniem dla całego serialu, posypało się wiele pytań, czy to już jest definitywny koniec. Tak, to był koniec, ale znanego nam Arrowa, w czwartym sezonie zapoznajemy się z lekko odmienionym Olivierem, który z tej okazji przybrał nowy i bardzo kreatywny pseudonim - Green Arrow.
   Widać, że pół roku całkowicie zmieniło naszego bohatera. Prowadzi zwyczajne życie, w pięknym domu z ukochaną kobietą u boku, a jego największym zmartwieniem jest poprawne wysmażenie omletu i znajomi wypytujący o potomstwo. Sielankę przerywają siostra i ex-dziewczyna Oliviera, które przynoszą ze sobą złe wieści na temat miasta. Za namową Felicity, która i tak w tajemnicy pomagała przyjaciołom, wracają do Starling City, gdzie wcale nie czekają na Olliego z otwartymi ramionami.
   Na temat wydarzeń nie będę się więcej rozpisywać, lepiej zajmę się tym, co najbardziej przykuło moją uwagę i wzbudziło wiele mieszanych odczuć, zaczynając od euforii, a kończąc na załamaniu nerwowym.


1. Thea vel Speedy vel Red Arrow.
Podoba mi się to jak powoli wprowadzają zmianę, jaka miała w niej zajść po ożywieniu. Mroczna strona nie była ściemą. Thea faktycznie nie radzi sobie z kontrolą emocji, stała się bardziej agresywna i chętnie rzuca się w środek walki. Nadano jej postaci charakteru, przestała być wiecznie nadąsaną nastolatką, co uważam za strzał w dziesiątkę. Jestem ciekawa jak to się dalej potoczy, czy poradzi sobie z własnymi demonami, czy stanie się kopią ojca.


2. Black Canary.
Nieważne, co by zrobiła Laurel, dla mnie i tak pozostanie marną wersją Sary. Ani trochę nie pasuje na samozwańczą mścicielkę miasta. Nadal jest nieporadna, chociaż przeszła ten swój ekspresowy kurs samoobrony. Wolałabym jednak by jej rola ograniczała się do siedzenia za biurkiem i bycia panią prawnik.



3. Love story.
Wiele osób twierdzi, że serial zaniżył swój poziom przez sceny Oliviera i Felicity. Ja uważam, że są genialni i w pojedynkę, i razem, a ich związek jest czymś, na co czekało sporo fanów. Po tym, co przeszli należy im się chwila na odsapnięcie i spędzenie czasu sam na sam. Nie uważam by te sceny były przesłodzone, wręcz dokładnie odzwierciedlają uczucie, które ich łączy.


4. Jak trwoga to do Oliviera.
Sytuacja, która najbardziej nie spodobała mi się w całym odcinku. Olivier zaufał bliskim i zostawił miasto pod ich opieką. Przestali sobie radzić, więc proszą go o powrót, a gdy ten im pomaga to mają pretensje. Thea, obraża się na brata, bo ma on czelność się o nią martwić. Diggle, na którym w sumie najbardziej się zawiodłam, traktuje Oliviera jak wroga i wygaduje same bolesne rzeczy. No i na koniec sam detektyw Lance, który obwinia Queena o całe zło świata, a sam brata się z wrogiem.


5. Końcówka.
Jedno wielkie zaskoczenie, nie spodziewałam się takiego zagrania ze strony producentów. Teraz będę rwać włosy z głowy aż do odcinka, w którym się wszystko wyjaśni.




Czytaj dalej...

Jesienne nowości serialowe.

   

  Wielu blogerów wypowiada się na temat zalet i wad jesieni. Nie wiem, czy to taki obowiązek, czy po prostu pomysł na nowy post. Ja się przyznam, że kocham tę porę roku. Czemu? Bo otrzymuję kolejną porcję nowych seriali wraz z kontynuacją tych starych. Jest to najlepszy okres dla takich geeków jak ja. Po nudnych wakacjach, gdy tylko nieliczne seriale są nadawane, a o nowych nawet nie ma, co marzyć, nadchodzi piękna jesień, wraz z pokaźnym serialowym dobytkiem. Na szczęście pomyślała o tym, by wraz ze sobą przyprowadzić długie wieczory, podczas, których można obejrzeć te wszystkie nowości. W weekend udało mi się zerknąć na kilka świeżaków i już mam mówię, czy zostanę przy nich na dłużej.

Scream Queens
Serial chyba najbardziej reklamowany ze wszystkich nowości. Z każdej strony atakowały mnie plakaty promocyjne i informacje o znanych aktorach, którzy w nim zagrają. Ogólny zarys fabuły brzmiał bardzo obiecująco, więc nie mogłam się doczekać dnia premiery. Niestety podczas oglądania czułam się jak dziecko, któremu obiecano piękne fajerwerki, a otrzymało lekki niewypał, który robił wiele hałasu i nic poza tym. Miał być horror – mamy masę przerysowanych morderstw, dokonanych na wiele absurdalnych sposobów. Miała być komedia – mamy same infantylne sceny, które z założenia miały być śmieszne, ale dla mnie są wręcz żałosne. Może coś jest nie tak z moim poczuciem humoru, ale niestety z minuty na minutę czułam się coraz bardziej zniesmaczona tym serialem. Jedynym powodem do dalszej kontynuacji jest dla mnie motyw tajemnicy. Już w pierwszym odcinku pojawia się wiele pytań, a ich odpowiedzi mogą być bardzo zaskakujące i korzystne dla poziomu serialu.


American Horror Story: Hotel

Może i nie nowość, ale każda osoba, która zapoznała się z tym serialem, wie, że jest on podzielony na osobne serie, opowiadające całkiem różne historie. Pierwsza zrobiła na mnie ogromne wrażenie, jest chyba najbardziej przerażająca i ma świetną obsadę. Głównie przypadł mi do gustu Evan Peters, który wcielił się w psychopatę Tate’a. Akcja najnowszego sezonu odbywa się w nawiedzonym hotelu, którego dziedziczką jest sama Lady Gaga. Po pierwszym odcinku mogę stwierdzić, że twórcy zaczęli bardziej stawiać na perwersję i szokowanie niż intrygi. Gdzieś zniknął ten straszny klimat serialu, a w zamian za to mamy nadmiar seksu, krwi i przemocy.  Mam nadzieję, że był to tylko chwyt marketingowy, by na wstępie przyciągnąć jak największą liczbę osób, a kolejne odcinki dorównają poziomem wcześniejszym seriom.


Blood & Oil

Przyznam się, że serial zaczęłam oglądać tylko ze względu na Chace’a Crawforda, którego bardzo polubiłam w kultowej Plotkarze. Rozpoczyna się w momencie, gdy młode małżeństwo wyjeżdża z rodzinnego miasta w poszukiwaniu nowego i lepszego miejsca do życia. Mają pomysł na biznes, jednak w trakcie podróży dochodzi do wypadku, podczas którego tracą cały sprzęt, w który zainwestowali swoje oszczędności. Od tego momentu starają się naprawić sytuację, ale bez informowania rodziny. Serial jest bardzo przyjemną produkcją na niedzielny wieczór. Oczywiście dla osób, które lubią dramaty, ja jednak potrzebuję więcej akcji i paru nadnaturalnych zjawisk.




 
Czytaj dalej...
GeekBooks © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka