Smutek i łzy - kryterium ,,dobrej" książki.


  Dzisiaj pora na post z moimi przemyśleniami, które nachodzą mnie, gdy przepadnę wśród rozmów na grupach książkowych. Nie jestem w nich zbytnio aktywna, bo już wielokrotnie zauważyłam, że moje ,,wymagania” całkowicie się mijają z tym, czego większość czytelniczek szuka w książkach (tak, będę tym razem mówić głównie o czytelniczkach, bo jest ich najwięcej i najchętniej się wypowiadają w takich grupach). Czasem jednak biorę udział w dyskusjach, które dotyczą książek czytanych przeze mnie i dzięki temu będę miała tematy na kilka najbliższych notek.  
  Od razu zaznaczę, że nigdy nie byłam osobą, która myśli stereotypowo i zawsze mnie irytowały pobłażliwe uśmieszki mężczyzn, gdy mówiłam, że nie lubię romansów, czy innych wyciskających łez książek. Tak się już utarło, że kobiety, to te delikatne istoty, które boją się rozlewu krwi, a interesują je piękne uczucia i jeszcze piękniejsze zakończenia historii. Powiem szczerze, że miałam taki krótki okres (jakoś na początku gimnazjum, czyli około 10 lat temu), gdy nałogowo oglądałam ckliwe filmy. Doszło nawet do tego, że na Titanica nikt już u mnie w domu nie mógł patrzeć, a ja nadal przeżywałam los, który spotkał młodych kochanków. Jednak ta ,,faza” minęła szybciej niż się pojawiła i do dzisiaj, nie po drodze mi z płaczliwymi historiami. Czasami w ramach eksperymentu sięgam po filmy typu ,,Zanim się pojawiłeś” i nie dlatego, że są piękne i mogę popłakać, tylko po to,  by się dowiedzieć o czym jest historia i móc rozmawiać na jej temat. Chociaż moje zdanie na temat takich historii zawsze wywołuje wielkie oburzenie, więc je przemilczę. :) Gra na emocjach niestety na mnie nie działa i szukam innych wrażeń w książkach. Szkoda, że wiele osób tego nie rozumie i nie potrafi zaakceptować, że każdy ma inny gust i nie dla każdego książka wywołująca płacz i głębsze przemyślenia to jedyna słuszna pozycja do przeczytania.


 Zauważyłam na grupie czytelniczej takie dziwne zjawisko, a mianowicie Panie, które szukają ,,dobrych”  książek, często zaznaczają w swoich postach ,,Chcę wylać po niej tonę łez i oby to nie była fantastyka” i w komentarzach, nikt nie zadaje głupich pytań ,,czemu nie fantastyka” i nie stara się namówić takiej Pani, by zmieniła swoje upodobania. Raz napisałam bardzo podobny post, ale zaznaczyłam, że nie interesują mnie romanse, dramaty i obyczajówki. No i cóż, zaczął się lincz i wielkie  niedowierzanie. W końcu jak mogę szukać dobrej literatury, skoro takową na starcie wykreśliłam? Naprawdę czułam się jak osoba niewierząca, którą większość osób chce na siłę nawrócić i właśnie takich okazów było więcej, niż ludzi, którzy po prostu odpowiedzieli na zadane przeze mnie pytanie. Niby grupa czytelnicza, niby ludzie oczytani, niby tacy mądrzy, albo raczej chcą za takich uchodzić, a po jednym poście dowiedziałam się tylu ciekawych rzeczy, że sama nigdy bym na coś takiego nie wpadła. Okazało się, że ,,dobra” literatura, to tylko taka, która wywołuje wzruszenia, sprawia, że lecisz do najbliższego sklepu po pudło chusteczek, potem myślisz o niej miesiącami i za jej sprawą stajesz się lepszym człowiekiem. No dobra, brzmi pięknie i może takie argumenty, by do mnie trafiły, gdyby nie to, że potem pojawiły się stwierdzenia typu ,,dziwna z Ciebie kobieta, przecież płacz jest wpisany w naszą naturę, chyba nie masz uczuć”, albo ,,pewnie nie masz faceta, stąd uraz do pięknych miłosnych historii”, czy ,,przecież dopiero jak człowiek się popłacze nad piękną historią, to wie, że była warta przeczytania, po co marnować czas na wampiry i elfy, skoro to same bajki, a literatura powinna czegoś uczyć, czyli odnosić się do naszego życia”. Też oczywiście się dowiedziałam, że jest na świecie tyle wspaniałych romansów, że jakbym je przeczytała, to od razu zmieniłabym o nich zdanie. W sumie tak można powiedzieć o każdym gatunku,  bo każdy ma swoje perełki i sztandarowe tytuły, ale czy warto na siłę przekonywać się do czegoś, co ogólnie nas nie interesuje? 
  Sama jednak uważam, że ilość wylanych łez wcale nie jest wyznacznikiem dobrej literatury, bo nie każdy musi lubić płakać i nie oznacza to, że taka osoba jest mało wrażliwa. Tak, samo nie każdy z własnej woli chce czytać książki, które z założenia mają go przytłaczać i działać depresyjnie. Ja od razu rezygnuję z książki, którą ktoś mi poleca słowami ,,będziesz tylko nad nią płakać". Czemu? Bo najzwyczajniej w świecie nie chcę się dołować na zawołanie. Książki ogólnie wzbudzają emocje, więc czemu tylko płacz i smutek, to jedyne słuszne reakcje? Ja wolę zamknąć książkę i uśmiechać się od ucha do ucha, albo faktycznie tak mocno przejmować się losem bohatera, którego życie Autor skomplikował do granic możliwości i uronić niespodziewaną łzę, bez wcześniejszego otoczenia się stosem chusteczek. Chcę, by emocje towarzyszące książce były zaskakujące i wyłącznie moje. Nie interesują mnie dzieła, przy których płaczą wszyscy, bo tak trzeba. Dlatego sięgam po fantastykę, bo jest to dla mnie nieprzewidywalny gatunek. Można w niej znaleźć nie tylko wampiry i elfy, ale również wielką przyjaźń, walkę, heroiczne czyny, odważne postacie, które poległy w wielkiej sprawie, bardzo często jest tu również wspaniała miłość, przemijanie, które rozdziera serce, ale i przygody, czy piękne miejsca, których nigdy nie będzie nam dane odwiedzić. Po takiej lekturze, jak najbardziej można wiele wynieść i ani trochę nie przeszkadza mi, że zamiast człowieka z krwi i kości, jest troll, czy inna paskuda. 
  Na zakończenie dodam, że naprawdę zdarza mi się uronić łzę nad książką, czy filmem, ale wiecie, co jest w tym piękne? Że takie emocje wywołują we mnie tylko historie, do których jestem mocno przywiązana, nie najnowszy bestseller, nad którym wszyscy wyją, bo tak trzeba i taka jest moda, tylko właśnie historie bliskie mojemu sercu, które od lat są moim numerem jeden i sama myśl o nich, wywołuje lekką nostalgię. 



  Co uważacie na ten temat? Czy faktycznie tylko wzruszające książki są warte przeczytania? A może macie jeszcze inne zdanie? Czekam na Was w komentarzach. :)

Ps. Zapraszam również na mojego Instagrama !
Czytaj dalej...

,,Za garść amuletów" Kim Harrison.


  Znacie to uczucie, gdy w końcu doczekacie się kontynuacji jakiejś serii i nagle dochodził do was, że nic nie pamiętacie z wcześniejszych części? Ja tak właśnie miałam w przypadku ,,Zapadliska”, czyli cyklu o czarownicy - Rachel Morgan. Tom 4 został wydany po prawie siedmioletniej przerwie i naprawdę, po takim czasie miałam już problem z przypomnieniem sobie wcześniejszych wątków historii.
  Tym razem Rachel została narażona na wielkie niebezpieczeństwo z powodu swojego byłego faceta Nicka. Posiada on przedmiot, który chcą zdobyć wilkołaki, a one nie zawahają się nawet przed zniszczeniem Zapadliska, byleby otrzymać to czego pragną. Główna bohaterka jest zmuszona ukrywać się w małym miasteczku i ryzykować własnym życiem, by uratować los mieszkańców Cincinnati.
  Jak już wspomniałam, niewiele pamiętam z wcześniejszych części i to dość mocno skomplikowało mi kilka pierwszych rozdziałów. Przy każdej wspominanej osobie musiałam się mocno wysilić, by połączyć fakty i przypomnieć sobie wątki z trzech pierwszych tomów. Na szczęście dalsze wydarzenia zostały poprowadzone nowym torem i mogłam ponownie wczuć się w historię. Od razu przypomniałam sobie, za co tak lubię serię o Rachel Morgan i dodatkowo odkryłam kolejne zalety ,,Zapadliska”.
  W najnowszym tomie Autorka ponownie napakowała historię wieloma zwrotami akcji. Nie ma chwili nudy, Rachel ciągle popada w jakieś kłopoty i w mistrzowski sposób z nich wychodzi. Zawsze jestem pod wrażeniem pomysłów Autorki, która do ostatniej chwili trzyma czytelnika w napięciu i zadziwia ostatecznym zakończeniem. Każda sytuacja, w której znajduje się główna bohaterka wydaje się beznadziejna, co jest dość często spotykanym wątkiem w książkach, jednak tutaj wszystko jest tak poprowadzone, że nigdy nie wiemy, czy te ,,beznadziejne sytuacje” zakończą się szczęśliwie dla czarownicy. Z rozdziału na rozdział, napięcie coraz mocniej rośnie i w końcu wczuwamy się w Rachel i analizujemy jej wybory, tak jakby to od nich zależało nasze, a nie czarownicy życie. 
  Kolejną zaletą książki na pewno są relacje między postaciami. Autorka ma talent do tworzenie wielowymiarowych bohaterów, bez których historia nie miałaby prawa bytu. Rachel jest jedną z niewielu kobiecych postaci, którą naprawdę lubię i byłaby wręcz idealna, gdyby nie jedna, maleńka wada, czyli ciągłe zachwycanie się wyglądem napotkanych facetów. Oczywiście ideały nie istnieją, więc czarownica nadrabia to całym arsenałem zalet, zaczynając od niewyparzonego języka i kończąc na głowie pełnej magicznych zaklęć, które ratowały jej tyłek z wielu kryzysowych momentów. Warto również wspomnieć, że Rachel ciągle się rozwija, dzięki czemu w ogóle nie nudzi czytelnika i mam nadzieję, że się to nie zmieni, ponieważ seria ma aż 13 tomów. Kolejną najistotniejszą postacią tej części jest pixi – Jenks  i mam wrażenie, że to on skradł całe show. Jego zachowanie, sposób myślenia, płynne przejście z beztroskiego chłopca do mężczyzny, który wiele przeżył oraz jego charakterystyczne powiedzonka sprawiły, że totalnie go pokochałam i mam nadzieję, że Autorka nigdy nie zrezygnuje z tak przebojowej postaci, a najpotężniejsza czarownica rozwiąże egzystencjalny problem Jenksa. Mocno wyróżniającym się charakterem jest również Ivy – wampirzyca, która nie potrafi utrzymać w ryzach swoich morderczych instynktów. Silna postać i na dodatek bardzo nieprzewidywalna. Wielokrotnie sprawiała, że nudna sytuacja nabierała barw i za każdym razem intrygowała czytelnika swoim skomplikowanym stanem emocjonalnym. To trio znalazło się aktualni u szczytu moich ulubionych książkowych zespołów. W pojedynkę wypadają trochę blado, ale razem całkowicie się dopełniają i dadzą sobie radę z każdym przeciwnikiem. 
  Wspomnę też o błyskotliwych dialogach, przesiąkniętych dobrych humorem i sarkazmem. Główna bohaterka z każdą postacią ma inne stosunki i są one wyraźnie zaznaczone w ich rozmowach. Dzięki temu od razu wiemy z kim jest blisko, a kto nieraz zadarł z Rachel. Dlatego przez te dialogi mocno dało się odczuć spłycenie relacji z Kristinem, a raczej odsunięcie jego postaci na dalszy plan. Pojawił się jedynie na początku i na końcu książki, przez co ciężko było mi uwierzyć w ich głębokie uczucie. Również trochę niezadowolona byłam z powrotu byłego faceta Rachel. Nick był moim zdaniem zapychaczem tej książki, chociaż dzięki niemu udało się również zamknąć kilka wątków rozpoczętych we wcześniejszych tomach. Były facet Rachel stał się powodem całego zamieszania, ale równie dobrze Autorka mogła się go pozbyć o wiele szybciej, bo jedynie irytował swoją obecnością oraz tym co mówił i robił. W sumie ciężko polubić postać, która przez większość czasu robi za cień głównej bohaterki i wiecznie narzeka, bo nie może się pozbierać po ,,koszu". 
  Książka chociaż ma ponad 700 stron to zleciała mi zbyt szybko i ubolewam, że znowu trzeba czekać na kolejny tom. Mam nadzieję, że tym razem pojawi się o wiele szybciej i nadal będzie trzymać aktualny poziom. Jeśli jeszcze nie czytaliście ,,Zapadliska” to szczerzę mogę wam polecieć ten cykl. Nie tylko fani urban fantasy powinni być nim zadowoleni, ale również czytelnicy, którzy lubią przewrotną akcję, dobry humor oraz pokręconą główną bohaterkę. 

Ps. Jeśli ktoś lubi oglądać zdjęcia książek to zapraszam na mojego Instagrama. :)
Czytaj dalej...

,,Magia olewania" Sarah Knight.

,,Jak przestać spędzać czas, którego się nie ma, z ludźmi,
których się nie lubi, robiąc rzeczy, których się nie chce robić"
- Sarah Knight ,,Magia olewania"


  Jedni czytelnicy lubią poradniki, a drudzy patrzą na nie z politowaniem i dziwią się, że w ogóle coś takiego ma prawo bytu. Dla mnie są to książki, które jedynie można poczytać dla odprężenia. Jeśli faktycznie mam jakiś problem lub coś mnie interesuje, to wolę poszukać dany temat w internecie i zapoznać się z opinią wielu ludzi, niż specjalnie kupować książkę opartą jedynie na przeżyciach jednej osoby. W takim razie, po co kupiłam ,,Magię olewania” ? W sumie była to chwila słabości, gdy poszłam do Empiku i spotkałam bardzo miłą Panią z obsługi, która najpierw porozmawiała ze mną o komiksach (człowiek od razu z automatu zaczyna lubić kogoś, kto ma takie same zainteresowania), a potem zaproponowała mi poradnik, kusząc słowami ,,Każdy powinien to przeczytać, naprawdę pozwala całkiem inaczej spojrzeć na nasze problemy”. W ten sposób wyszłam z książką, które nie planowałam i nawet wcześniej o niej nie słyszałam.
   O czym jest ten poradnik? Głównie opowiada o Pani Knight, która pewnego dnia stwierdziła, że poświęca zbyt dużo czasu na rzeczy, które nie sprawiają jej przyjemności, są niekomfortowe lub po prostu ją stresują, co doprowadziło do tego, że  postanowiła w końcu zrobić z tym wszystkim porządek. Dzięki swojemu postanowieniu opatentowała zasadę Zero Żalu, która pomaga nabrać dystansu do stresujących spraw, zrezygnować z nich i dzięki temu zdobyć czas na rzeczy, które faktycznie są istotne. Autorka książki ma nam pomóc ,,olać” niewarte naszego czasu sprawy i uwolnić się od poczucia winy, które często nam towarzyszy w momentach, gdy chcemy uszczęśliwiać siebie, zamiast wszystkich wkoło. Chce uzmysłowić nam, że nie warto przejmować się tym, co pomyślą ludzie oraz nauczyć nas asertywności. 
  Jak te wszystkie próby ,,olania” stresujących rzeczy mają się w praktyce? Uważam, że niektóre przykłady, które przytoczyła Autorka są zbyt oderwane od naszych polskich realiów, dlatego ciężko wziąć je za przykład lub motywację do działania. Głównym problemem autorki była stresująca praca, w której między innymi nie można było nosić klapek w upalne dni. Pani Knight żaliła się, że dojazd do pracy i sama praca w zakrytych butach jest zbyt stresująca, więc w końcu ,,olała” zasady panujące w firmie. Swoje zachowanie Autorka motywuje przekonaniem, że dobry pracownik, który wywiązuje się ze swoich zadań jak należy, nie zostanie zwolniony z powodu złamania regulaminu. Czy na pewno? Może i w Ameryce tak jest, ale u nas pracodawcy potrafią zwalniać z o wiele bardzie błahych spraw. Buntownicze podejście do obuwia nie sprawiło jednak, że Pani Sarah pozostała w pracy. Stwierdziła w końcu, że i ona za bardzo uprzykrza jej życie i po prostu ją ,,olała”. Teraz pomyślcie, czy u nas takie podejście by wypaliło? Mało kto może sobie pozwolić na zrezygnowanie z pracy i znalezienie innej lub pozostanie wolnym strzelcem. Sądziłam, że w takich ważnych sprawach jak praca, czy szkoła autorka po prostu pokaże, jak można sobie radzić ze stresem, tak by nas nie przytłaczał, a tutaj okazuje się, że po prostu lepiej to ,,olać” i zająć się innymi istotnymi sprawami, które dają nam radość. 
  Ludzie, to kolejny powód do zmartwień, który przytacza nam autorka. Dalsi znajomi, przyjaciele oraz oczywiście rodzina, wiele razy zszargały nerwy niejednej osobie. Przy każdej z tych grup Pani Sarah każe się zastanowić, jakie zachowania ludzi, którzy nas otaczają są dla nas irytujące, a następnie za pomocą przykładów z własnego życia, pokazuje jak w grzeczny sposób powiedzieć im ,,nie”. Wszystko to ma prowadzić do nauczenia się asertywności oraz spokoju ducha, bez wyrzutów sumienia, czy niepotrzebnego zastanawiania się ,,co ludzie powiedzą”. Jest to część książki, która chyba najbardziej może się przydać czytelnikom, ponieważ wiele osób martwi się tym jak wypadnie w oczach innych. Autorka pokazuje, że obcy ludzie tak naprawdę mało interesują się naszym życiem, przyjaciele wcale nie przestaną się odzywać, gdy czasem odmówimy im spotkania, a rodzina się nie rozpadnie, gdy nie będziemy na każde jej zawołanie. Oczywiście tutaj też można byłoby polemizować, bo nie każda sytuacja trafi w szablon przedstawiany przez Autorkę, ale główna myśl, czyli ,,olanie” myśli ,,co ludzie powiedzą” jest jak najbardziej godna naśladowania. 
  Na koniec dodam, że sama książka jest podzielona na cztery etapy, a każdy z nich pomaga dojść do końca misji czyli ,,olania” stresujących spraw. Autorka w humorystyczny sposób podchodzi do tego, co było jej problemem i zachęca, czasem dość natarczywie do swojego sposobu życia. Pani Sarah każdy problem stara się ukazać za pomocą zagraconej szafy i chce byśmy tak jak ona, zrobili w niej porządek i pozbyli się tego co zbędne. Dzięki takiej organizacji przewartościujemy swoje życie i zauważymy, że do tej pory za dużo energii, czasu oraz pieniędzy poświęcaliśmy na sprawy, które w ogóle nie były dla nas istotne. Wszystko o czym mówi Autorka, nie jest żadnym okryciem i zaręczam, że większość z Was już wielokrotnie myślała by ,,olać” to, na co tracimy wiele nerwów. Jednak metody, które nam Sarah Knight pokazuje, różne diagramy i sposoby analizy, mogą sprawić, że bardziej zainteresujemy się ,,Magią olewania”.
  Czy zastosuję się do rad Autorki? Ciężko powiedzieć, na pewno nie rzucę studiów, które bardzo mnie stresują oraz nie przestanę się z marszu przejmować opinią bliskich mi osób. Obcy od dawna mnie nie interesują, więc tutaj sztukę ,,olewania” mam opanowaną do perfekcji. Może jedynie za radą autorki postaram się zrobić porządek w swojej mentalnej szafie i sprawdzić, czy jakaś para skarpetek nie powinna zostać wyrzucona. :) 


Czytaj dalej...

Wielki COME BACK, a może powrót na stare śmieci?


 
  Powroty są ciężkie, bo z jednej strony człowiek chce wrócić, a z drugiej zastanawia się, czy warto po takim czasie zabierać się za coś, co zostało porzucone. W końcu jak się coś olało (że tak dosadnie powiem), to z jakiejś przyczyny. Może to nie była nasza bajka, może zabrakło czasu, a może po prostu nastąpił moment znudzenia i trzeba było dać sobie chwilę odpoczynku. W moim przypadku skumulowało się kilka czynników, które sprawiły, że porzuciłam bloga i powiem Wam, że w tamtym momencie w ogóle nie czułam żalu, że zamykam za sobą pewien etap. Dopiero od nowego roku zaczął mi doskwierać lekki smutek i postanowiłam rozważać powrót, ale jak widzicie, zajęło mi to prawie 4 miesiące. Czemu? Chciałam dać sobie czas i nie wracać do pisania pod wpływem chwili. Chciałam przemyśleć wszystkie ,,za" i ,,przeciw".  No i tutaj dochodzę do sedna tego dość luźnego wpisu, czyli moich spostrzeżeń na temat blogowania, które do mnie dotarły dopiero w momencie, gdy nabrałam do tego wszystkiego dystansu. Są one oparte na moich wcześniejszych wpisach, dzięki czemu wiem na jakich zasadach wrócę do blogosfery, by sprawiało mi to radość, a nie zirytowanie, czy w końcu kolejne wypalenie. 

  Co sprawiło, że zrezygnowałam? Prawie każdy lubi ten moment, gdy przychodzi koniec miesiąca i blogerzy zaczynają się chwalić  swoimi osiągnięciami. Sama należę do tych osób i uwielbiam oglądać piękne stosy książek i podziwiać osoby, które w ciągu miesiąca czytają ich ponad 15. Sama oczywiście też robiłam takie podsumowania i wtedy byłam z nich dumna, bo w końcu to są najbardziej popularne wpisy, no i kto nie lubi się pochwalić nowymi książkami? 
  Wszystko jest fajne do czasu, serio. Nawet nie wiecie jaki kamień spadł mi z serca, gdy przestałam liczyć ile przeczytałam, a co najważniejsze - przestałam się  PRZEJMOWAĆ tym ile przeczytałam. Zdarzały mi się momenty, że było mi wstyd, że przeczytałam za mało w stosunku do innych blogerów, przez co czułam się gorsza, bo jak można być dobrym blogerem, skoro czyta się mało książek? Oczywiście ,,mało” to pojęcie względne, ale wiadomo, że były lepsze i gorsze miesiące. Frustrujące? Cóż, bez blogowania zaczęłam czytać tyle, na ile pozwolił mi wolny czas. Jedną książkę czytałam nawet przez tydzień, bo już nie gonił mnie termin zaplanowanej recenzji. A wiecie co w tym jest najlepsze? Im dłużej czytałam książkę, tym lepiej ją zapamiętywałam, co naprawdę było problemem gdy połykałam jedną pozycje za drugą. Naprawdę polubiłam wolne czytanie, ale nikogo nie będę do tego namawiać, a tym bardziej rzucać tekstami typu ,,to nie są wyścigi, liczy się jakoś, a nie ilość” (tak na marginesie, to w momencie porzucenia bloga zostałam członkiem grupy czytelniczej na Facebooku i muszę Wam powiedzieć, że tylko tam natknęłam się na tylu ludzi, którzy nie potrafią uszanować czyjegoś stylu życia, że aż postanowiłam poświęcić na to osobną notkę). Dalej będę z przyjemnością podziwiać podsumowania na innych blogach, ale sama już nie wrócę do tego typu notek, bo wiem, że źle na mnie wpływają i na dłuższą metę po prostu mnie zniechęcają zamiast motywować.
  Mogę też wspomnieć o tym, że mój portfel w końcu przestał świecić pustką, bo przestałam nałogowo kupować książki. Oczywiście dalej mi się świecą oczy na widok kuszących nowości, czy promocji. Jednak dotarło do mnie, że nie wszystkie nowości muszę mieć w momencie ich wydania. Większości i tak od razu nie przeczytam, a jak poczekam miesiąc, czy dwa, to będą o połowę tańsze. Dzięki takiemu podejściu w końcu udało mi się przeczytać większość książek, które zalegały na półkach i przestałam je zakrywać stosami nowości. :)
  Kolejną i najważniejszą sprawą jest chyba to, że przestałam mieć wyrzuty sumienia z każdej wolnej chwili, której nie poświęciłam książkom. Wiem, że jest dużo czytelników, którzy uznają książki za świętość, a filmów się nie tykają, bo ,,zawsze” wypadają gorzej. Cóż, ja mam na ten temat całkiem inne zdanie (to już poruszę w innej notce) i lubię co jakiś czas obejrzeć filmy czy seriale. Lubię mieć zdrowe podejście do wszystkiego i nie popadać w skrajności, więc jak przeczytam książkę, o której będę chciała napisać na blogu, to bądźcie pewni, że dodam jej recenzję. To samo tyczy się filmu, czy serialu i pewną nowością na pewno będą notki okołoksiążkowe lub po prostu życiowe. Tak, lubię od czasu do czasu napisać o różnych swoich spostrzeżeniach (dzisiejszy post jest zapowiedzią takowych tekstów). Mogę powiedzieć, że będzie to taki ,,luźny piątek” w moim wykonaniu, bo najprawdopodobniej wtedy będą ukazywać się takie posty. 
  Czy coś jeszcze? Pewnie zapytacie, po co wracam do blogowania, skoro tak marudzę. Wracam, bo nadal kocham czytać, a potem opowiadać o historiach, które wywarły na mnie wrażenie. Nawet po porzuceniu bloga ciągle się udzielałam, czy to na grupach czytelniczych, czy na Facebooku, no i ostatnimi czasy na Instagramie. Jednak po prostu potrzebowałam chwili wytchnienia od blogowania i zrozumienia, że każdy musi wypracować swój sposób na bycie blogerem. Ja do swojego dotarłam właśnie w trakcie odpoczynku i od dzisiaj zaczynam wprowadzać go w życie. 
Czytaj dalej...
GeekBooks © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka